Gorące tematy: COVID-NEWS Antypartia Ruch Oporu 2020 Dyżury administratorów RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
180 postów 332 komentarze

Myślenie podstawowe

anthony - Tylko prawda jest ciekawa

Medycyna ludowa w leczeniu nadciśnienia tętniczego

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Poniższy artykuł jest plonem moich wieloletnich doświadczeń w walce z nadciśnieniem tętniczym. Każdą z podanych przez mnie metod leczenia przetestowałem na sobie.


 


 

Zgodnie z obowiązującą obecnie klasyfikacją ciśnienia tętniczego za prawidłowe uznaje się ciśnienie 120–129/80–84 mm Hg.

Wyróżnia się też:

  • wysokie prawidłowe ciśnienie krwi – ciśnienie skurczowe 130–139 mm Hg oraz ciśnienie rozkurczowe 85–89 mm Hg

  • optymalne ciśnienie krwi – wartości ciśnienia niższe niż 120/80 mm Hg.

Do końca lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku obowiązywała w medycynie inna definicja nadciśnienia tętniczego. (nazwijmy ją tradycyjną) Za prawidłowe uznawano wówczas ciśnienie wyliczone według wzoru: 100 + wiek, przy ciśnieniu skurczowym, oraz nie więcej niż 90 przy ciśnieniu rozkurczowym. Zgodnie z przedstawionym wzorem, człowiek w wieku na przykład 65 lat powinien mieć ciśnienie skurczowe nie wyższe niż 165 mm Hg.

Współczesna definicja nadciśnienia tętniczego abstrahuje od wieku pacjenta co wielu lekarzy uznaje za błąd. W miarę starzenia się organizmu każdego człowieka w jego układzie krwionośnym następują nieodwracalne zmiany, polegające na zmniejszaniu się średnicy przepływu naczyń krwionośnych wskutek procesów miażdżycowych.

Aby przy zmniejszającej się średnicy naczyń krwionośnych dostarczyć do każdej komórki ludzkiego ciała odpowiednią ilość tlenu i składników odżywczych, mózg człowieka ma tylko jedno wyjście: podnieść ciśnienie krwi która tlen i składniki odżywcze transportuje. Stąd im człowiek starszy, tym ma wyższe naturalne ciśnienie krwi.

Zdaniem wielu lekarzy przyjęcie za prawidłowe ciśnienie wartości wyliczonej jako 100 + wiek, jest zasadne. Obniżanie tak wyliczonego ciśnienia do wartości współcześnie przyjętej za prawidłowe przynosi więcej szkód niż pożytku, gdyż prowadzi do stałego niedotlenienia organizmu, co jest groźne dla zdrowia i życia.

Za podstawę dalszych rozważań przyjmuję więc tradycyjną definicję nadciśnienia tętniczego, czyli 100+wiek przy ciśnieniu skurczowym i nie więcej niż 90 przy ciśnieniu rozkurczowym.

Jakie mogą być przyczyny nadciśnienia tętniczego ?

  1. Nadciśnienie jako objaw innej choroby (choroby nerek, tarczycy, nowotwory, itp.). Leczenie nadciśnienia bez zdiagnozowania przyczyny (co jest powszechne w polskiej służbie zdrowia) jest przestępstwem lekarzy popełnionym przeciwko zdrowiu i życiu pacjentów!

    Musimy domagać się od lekarzy przeprowadzenia badań które albo potwierdzą albo wykluczą przyczynę nadciśnienia jako objaw innej choroby! Jeśli badania wykażą, że nadciśnienie jest objawem innej choroby, to w tym momencie możliwości leczenia domowymi sposobami w zasadzie się kończą. Na szczęście, nadciśnienie wynika najczęściej z innych przyczyn, które już poddają się leczeniu domowemu.

  2. Nadciśnienie jako objaw niedoboru w organizmie człowieka pewnych związków chemicznych, najczęściej magnezu, potasu lub witaminy d3. Aby określić czego organizmowi brakuje, musimy wykonać badanie krwi.

  3. Nadciśnienie wynikające z nie odpowiedniego trybu życia (brak ruchu, nadwaga, nikotynizm, nadmierne spożycie alkoholu, itp.)

  4. Nadciśnienie spowodowane stałym stresem w środowisku zawodowym lub rodzinnym.

Musimy postawić sami sobie właściwą diagnozę. Jeśli badanie krwi wykaże niedobór któregoś z elektrolitów, (magnezu, potasu) to musimy ten niedobór uzupełnić. Jeśli mamy we krwi za mało witaminy d3, to trzeba rozpocząć akcję opalania się (w miesiącach letnich pomiędzy godziną 11 a 13) oraz przyjmowania syntetycznej witaminy d3, aż do momentu gdy poziom witaminy d3 osiągnie we krwi stan 80-100 ng/ml.

Jeśli pomimo ustabilizowania poziomu elektrolitów i wit.d3 we krwi do wartości prawidłowych, nadciśnienie nadal występuje, musimy wyeliminować następną przyczynę: nadwagę, brak ruchu, nikotynizm, stres. Jeśli rozpoczniemy rekreacyjnie uprawiać jakiś sport, zredukujemy wagę naszego ciała, rzucimy palenie i konsumpcję alkoholu, nauczymy się technik radzenia sobie w sytuacjach stresowych (czego podstawą jest prawidłowe oddychanie), zaś nadciśnienie nie ustępuje, rozpoczynamy leczenie.

Zaczynamy od ziół. Najskuteczniejsze są: ruta, owoce i kwiatostan głogu, oraz jemioła. (Można też korzystać z gotowych mieszanek ziołowych dostępnych w sklepach zielarskich.) Przyjmujemy te zioła równocześnie przyrządzając z nich herbatki. Równolegle pijemy sok lub zakwas z buraka ćwikłowego, wodę z cytryną zamiast herbaty, oraz spożywamy codzienne czosnek. Osoby które nie tolerują czosnku, powinny spożywać codziennie nalewkę spirytusową na czosnku. Jednocześnie trzeba albo wyeliminować albo znacznie ograniczyć potrawy które podnoszą ciśnienie (kawa, herbata).

Codziennie wieczorem przez okres 3-4 tygodni moczymy stopy na przemian raz w gorącej raz w zimniej wodzie i tak kilkanaście razy. Jest to genialnie prosta metoda na przywrócenie ściankom naczyń krwionośnych utraconej elastyczności. Gorąca woda powoduje podgrzanie krwi w naczyniach krwionośnych, gorąca krew rozszerza naczynia krwionośne, zaś ochłodzona powoduje kurczenie się naczyń. Tym sposobem następuje „masaż” ścianek naczyń krwionośnych poprzez wymuszone zmienną temperaturą obkurczanie i rozszerzanie. Metoda jest znana od tysięcy lat i opisana w hinduskiej medycynie ajuwerdyjskiej! Przy okazji wzmacnia układ odpornościowy.

Na koniec polecam kurację pijawkami. W ślinie pijawek znajdują się związki chemiczne które powodują stabilizację ciśnienia tętniczego. Niestety kuracja pijawkami przy leczeniu nadciśnienia jest skuteczna tylko w około 50%, to znaczy, że tylko u połowy pacjentów następuje obniżenie ciśnienia. Pomimo tego warto sobie taką kurację zafundować, gdyż niejako przy okazji usuwa ona inne schorzenia zdrowotne, na przykład poprawia wzrok, czego sam doświadczyłem.

Przez cały okres domowej kuracji stale mierzymy sobie ciśnienie, odstawiając leki stopniowo i w małych dawkach. Po ustabilizowaniu się ciśnienia, kontrolujemy jego poziom każdego dnia, przez okres kilku tygodni.

Jeśli opisane wyżej zabiegi nie przyniosą skutku, to niestety pozostaje nam już tylko farmakologia.


 

Anthony Ivanowitz

3.12.2020r.

Www.pospoliteruszenie.org

 

KOMENTARZE

  • ---------WHO i ??! nie wierzę co czytam .
    https://bigpharma.pl/o-nas
  • @
    Samo tonowanie stresu prawidłowym oddychaniem to za mało. Poprawę na tym polu może przynieść coś z zielnika, np waleriana. No i ewentualnie przepracowanie samemu ze sobą z punktu widzenia psychologicznego problemu lub.. zmiana środowiska.
  • AUTOR
    Mój zawał, który dziwnym trafem przeżyłem pomimoi bardzo niskiej
    frakcji wyrzutowej był rodzajem mego przepoczwarczenia.
    Zamiast narzekać na zły los który mnie tak doświadczył
    poczułem rodzaj wyzwolenia.


    Doskonale rozwinięta sieć dilerska farmaceutycznych karteli w tym również dilerów rodzinnych i specjalistycznych doskonale uzależnia,
    skazując na dożywocie lekowych ćpunów, którzy bezgranicznie zaufali.
    Furda tam medycyna holistyczna, która potrafi wyleczyć.
    Tu najważniejsze: uzależnić i leczyć aż do śmierci.
    U mnie odwyk trwał krótko dzięki utytułowanemu biochemikowi, która oprócz ogromnej wiedzy jest też wspaniałym człowiekiem i przyjacielem,
    i prof. kardiologii, który w przyjacielskiej rozmowie przewalił świat
    Rokefelerowskiej medycyny, za co mu jestem wdzięczny gwarantując
    anonimowość. Myślę że hieny z NRL nie darowały by mu wierności
    przysiędze Hipoktaresa, jak nie darowali wyśmienitym lekarzom,którzy nie bali się konfrontacji z wiedza i prawdą.
    To dzięki Profesorowi założyłem całkiem pokaźną winnicę, na której
    praca moich rąk i owoc winnego krzewu daje wino, za które jestem
    wdzięczny Bożej Hojności, ale i za efekty jakie daje codzienna praca na winnicyi kieliszek prawdziwego czerwonego wina.
    No może przybyło mi nieco obwodu w okół pupy, jako ze musiałem gdzieś pomieścić wszystkie te sprawy, bez których nie można było "normalnie" funkcjonować; w konsekwencji z należnym pietyzmem przyjęła je moja "żyć" uwalniając mnie od nich i pewnie je tam do dziś trzyma, ale ja nic nie wiem o tym i nie chcę wiedzieć.

    Potrzeba takich mądrych informacji, by spojrzeć na leczenie inaczej.
    Bez tego pochłonie nasze zdrowie covidowa medycyna, oparta na lęku
    i nieuzasadnionym szacunku dla medycznych szamanów.
    Tu składam wyrazy szacunku dla tych wspaniałych ludzi medycznej społeczności, którzy mimo medycznej groteski i tryumfującej prywaty zachowali w sobie człowieczeństwo sygnowane wiernością złożonej przysiędze.
  • Kazdy starszy czlowiek, ktorego znam ma nadcisnienie.
    Czyzby Pan Bog zaprojektowal blednie czlowieka i lekarstwami trzeba to wszystkim starszym osobom naprawiac? Moja mama miala zdjagnozonowane wysokie cisnienie w wieku lat 60 ale olala to, lekarstw nie brala i dozyla wieku 94. Pewnego dnia przewrocila sie i zeszla w ciagu kilku dni. Piekna smierc, bez odlezyn. Inny przypadek, ksiadz, ktory bral poslusznie leki na nadcisnienie i zniszczyl sobie tymi lekami nerki tak, ze musial chodzic na dializy. Moja zona zaproponowala mu ,ze bedzie mu gotowac posilki takie, ze na dializy nie bedzie chodzil. Dieta wysoce trudna do ugotowania, trzeba wszystko wazyc, wyliczac, skladnikow niewiele. Przedluzyla gosciowi zycie o 2 lata bez dializ a ten durak caly czas leki na nadcisnienie nadal bral i dobil sobie nerki do konca. Umarl w wieku 72.
    Kiedys zrobilem experyment (w wieku 70). Mierzylem sobie cisnienie od przebudzenia do zasniecia co 15 minut i zapisywalem. Nie robilem nic co by to cisnienie stymulowalo czy obnizalo, siedzialem na kompie caly dzien, siusiu, kupa, jedzenie. Wniosek: cisnienie skacze jak samo chce, raz jest wysokie, raz niskie, raz za niskie, raz normalne.Wykres tego cisnienia nie mial zadnego sensu. To tak jak z pogoda, ciagla, nieprzewidywalna zmiana.
    Sportowcy. Cisnienie 400. Umarl ktorys w czasie maratonow, wyscigow kolarskich, ponoszenia ciezarow ? Wedlug wspolczesnej medycyny powinni nie zyc.
  • .,.,.
    „Poniższy artykuł jest plonem moich wieloletnich doświadczeń w walce z nadciśnieniem tętniczym”

    - walka to przecież wojna. Po co walczyć ze sobą? Walka powoduje stres, a ten choroby. No więc jakim cudem można się z czegokolwiek wyleczyć dokładając do istniejących także nowe choroby?
    NALEŻY SIĘ ZAPRZYJAŹNIĆ Z SOBĄ SAMYM!
    TRAKTOWAĆ SIEBIE ZE ZROZUMIENIEM, JAK PRZYJACIEL.

    „Każdą z podanych przez mnie metod leczenia przetestowałem na sobie”

    - no świetnie!
    Ale w sytuacji, gdy każdy człowiek to swoiste i unikalne uniwersum, to jak można przyjmować, że każdemu zaszkodzi zawsze to samo, albo to samo zawsze pomoże? Człowiek nie jest żadnym automatem mechanicznym, ale żywą istotą, więc nawet to, co by mu mogło pomóc dziś, może zaszkodzić jutro. Bo na przykład dziś ten człowiek zjadł kartofelki z wody – niesolone, bo po co? - do tego płat śledziowy w cieście smażony na klarowanym masełku albo smalcu no i dla lepszego strawienia tegoż jakiś ogóreczek kiszony bądź surówkę z kapusty

    -(lecznicza jest z takiej normalnej kapusty [nie z upraw masowych], zakiszona tylko na soli niejodowanej, z marcheweczką własnego chowu, do tego kminek obowiązkowo no i jałowiec, żeby nie pleśniało. Na – powiedzmy: pięć łyżek takiej kapusty, wziąć należy około łyżeczki cukru, szczyptę pieprzu naturalnego - ale nie musi być, pokrojoną drobno cebulkę też własną, a całość polać olejem – 1-2 łyżki. Ci, co mają wątrobę nie taką, mogą użyć oleju z ostropestu, inni zgodnie z gustem i upodobaniem. Nasz tradycyjny schabowy w kością zjedzony w towarzystwie ziemniaczka pure’ i właśnie surówki z kapusty kiszonej swoją prawidłowość posiadał i niejednemu pomógł przetrwać bez szkód na zdrowiu nawet bardzo mroźną zimę. Dopiero „dieta śródziemnomorska dobiła nas poważnie!)

    - spowodowało u niego odpowiedni do przyjętego pożywienia metabolizm, a jutro zjadłby coś innego, co by go zaopatrzyło w inne składniki i mikroelementy, więc działanie nawet najcudowniejszych leków byłoby inne i musiało by takie być.

    Głupole traktują człowieka tak, jakby nie był on w zasadzie fabryką chemiczną przerabiającą jedną substancję na inną, a także robiącą zapasy zgodnie z możliwościami i potrzebami.
    Dlatego nie jest możliwe zawsze „trafić” z lekarstwem, ponieważ jest to niewykonalne.

    Ludziska mają pretensję do „medyków”, zamiast przywołać w pamięci wiedzę, jaką dysponowały nasze babki i nawet nasze matki. One wiedziały, „co z czym”, a co absolutnie nie, bo gdy złamie się taką zbadaną przez wieki regułę, to albo będzie się trąbić w muszlę na rzadko, albo trąbić na sucho i boleśnie bez względu na odległość od wuceta, albo nie pomoże napinanie się na klozecie, bo i tak nic do niego nie wyjdzie.

    Od zawsze wiedziano, że jedzenie to przecież lekarstwo, dlatego nie był ludziom drzewiej potrzebny żaden przemysł farmaceutyczny, szczególnie w takich monstrualnych rozmiarach jak dziś ma to miejsce.
    Ludzie temu „przemysłowi” potrzebni są, ale odwrotnie to już w żadnym razie.

    Wystarczy tylko zacząć się ze sobą przyjaźnić, szczególnie z własnym systemem trawiennym i nie dawać wpuszczać w maliny byle komu. To, co piszę też należy brać tylko warunkowo.
    Na początek dobrze jest zacząć przestawiać pożywienie na jak najprostsze – różnorodność nie na jednym talerzu, ale w ciągu dnia/tygodnia/miesiąca czy roku. Nie kanapka z margaryną+wędlina+ser+ inne świństwa, ale sam chlebek z masełkiem i do tego na przykład herbata, oczywiście z cukrem dla tych, co lubią słodką. Ale ci, co herbatę pijają bez cukru, no to powinni zakąsić jakimś herbatnikiem w ilości sztuk jeden, dla wyrównania poziomu cukru we krwi. Albo zjeść cukierek bądź łyżeczkę jakiegoś dżemu, a ten można przecież dać na chleb z masłem. Chlebek z masełkiem i serem/mięskiem też, ale nie wszystko w jednym posiłku!
    Przede wszystkim nie jeść dużo.
    Dobrą metodą jest „FDH” biorąc z niemiecka, a oznacza to „friss die Haelfte”, czyli na nasze: żryj tylko połowę z tego, co wziąłeś. Po jakimś czasie można zjeść tę drugą część, bo nic nie stoi na przeszkodzie i nie ma powodu głodować.

    Gdy zjemy zbyt skomplikowane danie zgodnie z przepisem z kolorowego szmatławca, no to musimy być chorzy. Tam jest na przykład podane, że pierś kurzą naszpikować wędzonym boczkiem, posmarować serkiem dajmy na to jakimś tam fromadżem z czymś tam (a on z solą i bardzo licznym dodatkami; unia europejska tak się wycwaniła, że dodatki poniżej dajmy na to 5% „normy dopuszczalnej” wcale nie muszą być deklarowane na opakowaniu towaru!) i zawinąć w szynkę, posypać serem żółtym, orzechami, pistacjami, rodzynkami, zalać śmietaną i to usmażywszy przedtem dusić pod przykryciem.

    Raz, że z tych składników możemy mieć biorąc je oddzielnie wiele posiłków samych w sobie, dwa to przecież żołądka nie można traktować jak śmietnika.
    On, biedaczysko, musi taki zbiór tego byle czego najpierw rozpoznać, zadysponować a to trzustkę, a to woreczek żółciowy i wątrobę, dać sygnał jelitom, co dostaną do przerobu no i do całości dopasować skład i stężenie soków żołądkowych.
    A to niemożliwe, przy takiej „różnorodności” pożywienia przyjętego na raz.

    Na moje oko, jeśli chcesz być zdrowszy, no to dziel, oddzielaj jedno od drugiego na ile się daje, żeby ułatwić życie żołądkowi, czyli sobie.

    Teraz jest już zimno, no to musi być odpowiednia ilość kalorii dziennie i nie da się jeść ziemniaczków z wody okraszonych masełkiem, posypanych koperkiem a do tego jogurcik bądź zsiadłe mleko. Ziemniaczki raczej usmażyć na smalcu.

    Niegdyś stosowałam tylko olej, ale nie mogłam na przykład zjeść placków ziemniaczanych, gdy na nim je usmażyłam. Wydawało mi się, że mam chorą wątrobę i dlatego ich nie trawie należycie.

    Ale zrobiłam sobie doświadczenie i usmażyłam na smalcu. Okazało się, że placki wcale nie pochłaniają tyle tego tłuszczu co pochłaniają oleju. Nie ma więc powodu „odsączać” ich na papierowych ściereczkach – więc czysta oszczędność nie tylko kasy ale i środowiska. Przecież potem nikt tych papierowych ściereczek nie wyżyma w celu ponownego wykorzystania oleju.

    Placki robię tak: ucieram ziemniak/dwa bądź więcej, na ręcznej tarce. Już samo to „pochłania” część kalorii z przyszłego przysmaku. Do tego ucieram jedną cebulę. Dodaję do masy jajko, sól i mąkę. Można dać pieprzu. Najlepszy był ten ziołowy socjalistyczny (zawierał także chrzan) ale już go nie ma w sprzedaży. Taki socjalistyczny pieprz ziołowy zaparzony jako herbatka i popijany po jedzeniu był lekiem na trawienie, któremu dziś nie dorównuje nic. Smażę na smalcu, nie za sucho, bo po co się katować? I tak placki tego tłuszczu nie biorą dużo. Niektórzy takie placki jedzą z cukrem. Ja wolę ze śmietaną. Zjadam ich tak z pięć i starcza mi to na kilka godzin sytości i zadowolenia.

    Znajomy mój ma ponad siedemdziesiąt lat i cukrzycę. Ponoć „bardzo wysoki cukier”. I bierze insulinę. Zauważył on, że z rana ma on „cukier większy”, choć na zdrowy rozum powinien mieć mniejszy, bo przecież przez sen nic nie jadł. I któregoś razu zauważył on, że gdy bierze tabletki na zgagę, poziom cukru mu spada i to znacznie. To tak dla informacji i żeby nie atakować biednych medyków, ponieważ oni są ofiarą wykształcenia, a my ich ofiarami.
    Ale ów znajomy sięga do lodówki także po godzinie 22h!
    Można sobie znaleźć „zegar trawienia” w necie. Wszystko w człowieku działa zgodnie z porą dnia i nocy. Z tego co pamiętam, żołądek wyłącza się jakoś tak między 17h a 18h, więc spożywanie jedzenia po tym czasie powoduje jego zaleganie zarówno w żołądku jak i jelitach. Zaleganie to powoduje gnicie, bo środowisko sprzyjające: ciepełko i wilgoć.

    No to jak może być człowiek zdrowy mając w sobie gnijący śmietnik?!?

    A co nam sugeruje nasza „cywilizacja”? - siedzieć przed telewizorem/kompem i pchać w jamę gębową co pod ręką: czipselki, krakersyny i inne „niekaloryczne jedzenie”! Przecież jakie by ono nie było, żołądek i tak musi coś z tym zrobić!

    A nie może, bo system trawienny jest co prawda na „stend baj”, ale nie aktywny. Te trzustki, wątroby i inne śledzione też potrzebują czasu na inwentaryzację zapasów, remanenty i w ramach „promocji” usuwanie tych niepotrzebnych. A kiedy mają one to robić, jeśli są zmuszane do pracy non stop, a w nocy zatruwane wydzielinami z gnijącego śmietnika?

    Co norm „ciśnienia” i „poziomu cukru”, no to cwaniactwo zrobiło taki przekręt, że obniżyło „granicę bezpieczną” i teraz każdy według tych tabel może być kwalifikowany jako chory. Bez takiej diagnozy człowiek też żyje i nawet nie wie, na co umiera w wieku podeszłym będąc zadowolony z życia i jedzenia.
    Zaglądając w zęby sobie i każdemu nieustannie, człowiek stracił radość życia i co za tym idzie, także jego sens.

    Co do alkoholu, to według mojej wiedzy, przyjmowany on – jako różne „nalewki” w ilościach podobnych jak zawartość naturalnego etanolu, powstałego w procesie metabolizmu – w formie kilku/nastu mililitrów może się człowiekowi przysłużyć tu czy tam. Ale każda większa dawka alkoholu jest trucizną, uszkadza wątrobę próbującą go neutralizować i nie może być postrzegana jako lekarstwo.

    Tak czy siak, każdy ma prawo zrujnować swoje zdrowie i życie według własnych upodobań.

    Nakłanianie kogokolwiek do tego, żeby był zdrowy i się kontrolował nie ma żadnego sensu. Każdy „ów” musi sam za siebie przejąć odpowiedzialność i nie czekać na cudotwórstwo ze strony umęczonych wykształceniem medyków, bo się tego od nich nie doczeka. Fizycznie niemożliwe i jeżeli umiesz liczyć, to licz na siebie. Sprawdzone i skuteczne.
  • @nana 13:45:24
    “Wszystko w człowieku działa zgodnie z porą dnia i nocy. Z tego co pamiętam, żołądek wyłącza się jakoś tak między 17h a 18h, więc spożywanie jedzenia po tym czasie powoduje jego zaleganie zarówno w żołądku jak i jelitach. “

    - Jeśli to prawda, to co powiedzieć o sytuacji emigranta, który w dojrzałym wieku został przesadzony w inną odległą strefę czasową. W tej strefie czasowej i klimatycznej, europejskie np. dzewa, idiotycznie gubią liście w środku lokalnego lata, w rezultacie pamięci gatunkowej. A jak z ludźmi? Czy ich to też dotyczy? Czy ich zegar biologiczny nadal tyka po europejsku? Czy do końca życia?
  • @1abezmetki 06:40:11
    Już się zorientowałam, że szczują na Ciebie lecz ze swojej strony mogę podkreślić, że od Ciebie nigdy złego słowa nie usłyszałam/przeczytałam. Widać w tym, co piszesz masz swoje racje i nie mnie oceniać tego powód. Nie oczekuję więc także żadnych wyjaśnień w tej materii. Nie muszę wiedzieć wszystkiego.
    Co prawda nie rozumiem, dlaczego przedstawiasz Rosję w negatywnym świetle, ale jak we wszystkim, zawsze można znaleźć światła i cienie, zależy na czym się człowiek skupi.

    [Wszystko w człowieku działa zgodnie z porą dnia i nocy. Z tego co pamiętam, żołądek wyłącza się jakoś tak między 17h a 18h, więc spożywanie jedzenia po tym czasie powoduje jego zaleganie zarówno w żołądku jak i jelitach]

    “Jeśli to prawda, to co powiedzieć o sytuacji emigranta, który w dojrzałym wieku został przesadzony w inną odległą strefę czasową.[...] A jak z ludźmi? Czy ich to też dotyczy? Czy ich zegar biologiczny nadal tyka po europejsku? Czy do końca życia?”

    - mamy liczne dowody na to, że bezrozumne przeflancowywanie ludzi i roślin nikomu nie służy.
    Jako przykład można wziąć tak zwanych turystów: pojechawszy w inną strefę czasową/klimatyczną najpierw muszą się przystosować – miej lub bardziej skutecznie – zarówno do pory dnia jak i wody oraz jedzenia. Przeważnie przez pierwsze dni są oni „nie do życia”, a potem to już sami nie zwracają uwagi na nic, chcąc wykorzystać urlop.

    Więc chlają, chodzą na dziwki i kupują dzieci od biednych rodziców do zaspokojenia własnych perwersji, albo baby kupują awanse alfonsów; biorą środki przeciw biegunce i robią zdjęcia żeby pokazać, gdzie to oni byli. Wypoczęci nie wracają, a ich jedynym życiowym sukcesem w tej urlopowej kwestii jest pozostawienie kupki gówna, dajmy na to europejskiego, w jakimś tajlandzkim szambie. No i niechciane dzieci, zrobione dla chwilowej „przyjemności” też czasami z takich urlopów powstają.

    Nie chodzi o to, żeby kurczowo trzymać się miejsca urodzenia, bo to byłoby kolejne ekstremum. Dobrze żyje człowiek wyłącznie wówczas, gdy „zna umiar”. Czegokolwiek by on nie dotyczył. Czyli tak zwana droga środka. Nie bez kozery w mowie potocznej mamy wyrażenie „złoty środek”, choć bywa, że jest on także rozumiany jako jakieś jedyne, dobre rozwiązanie, także dla wielu sprzeczności.

    O ile ludzie z reguły dobrowolnie, choć otumanieni reklamowymi zachętami, niszczą się fizycznie i psychicznie, o tyle na przykład rośliny czy zwierzęta są w tym względzie poddane gwałtowi.

    Ile to się taki pomyleniec napracuje, żeby mu rosło u nas w ogrodzie to, co w Australii kwitnie cudnie w buszu! - ziemię kupuje dziwaczną, nawozy jeszcze dziwaczniejsze a roślina jak jej się nie spodoba, to zwyczajnie uschnie.
    Australijczycy zrozumieli już dawno niebezpieczeństwo przywlekania do nich obcych roślin i zwierząt. A w europie wciąż zaczadzeni „nowinkami” chcą się unicestwić.
    Obce rośliny – jeżeli są silniejsze, a takie bywają – wypierają rodzimą florę i owady umierają masowo, bo nie mają co jeść. To pociąga za sobą cały łańcuch pokarmowy ku zagładzie, a potem „naukowcy” usiłują naprawiać to, co jest już nie do naprawienia. Ewolucja nie działa wstecz.

    Jeśli chodzi o Twoje uprzejme pytanie, to pewnie człowiek jakoś się po latach dostosuje fizycznie – jeden szybciej, drugi wolniej, ale psychicznie jest jednak związany z miejscem urodzenia/krajem urodzenia i stąd taki wysyp na neonie zdalaczynnych patriotów z obcymi paszportami.

    Jakoś tak się dzieje, że mi od pewnego czasu nie psuje klawiatury, nie usuwa wpisów, ale serca do tego neonu to już od dawna nie mam. Mam za to ban u miłujących wolność – szczególnie słowa – nijakich „monaków” i innych „alfaksów”. Może jeszcze gdzieś, ale nie sprawdzam, bo mi się nie chce. Czasem tu zajrzę, bo jakiś sentyment człowiek jednak ma.

    Jako wolny i niezależny człowiek, pozdrawiam Cię serdecznie – jeśli mile widziane.
  • @nana 11:50:11
    Nano Miła,

    Dzięki za nadzwyczaj przyjazny komentarz i wielkoduszną wyrozumiałość wobec starego grzesznika. Podobnie jak i Ty  “zrodziliśmy się bez wprawy i umrzemy bez rutyny.”
    Zdarzało mi się z Tobą wadzić ale nigdy nie kwestionowałem Twojej skumulowanej przez wiedzę obserwacje i doświadczenie – mądrości, chociaż – bywało - przez przekorę, próbowałem brać Cię “na fundusz” (http://slowniczek.org/pl/word/1284/BRAC).
    Wciąż drąży mnie sprawa geofizycznego przypisania organizmów... Zastanawiam się - konstantując przesuwanie się horyzontów nauki – czy przypadkiem nie mamy w genomie jakiegoś ewolucyjnego GPS-a, wskazującego gdzie nam żyć należy…

    Piszesz “co prawda nie rozumiem, dlaczego przedstawiasz Rosję w negatywnym świetle,”
    - Widzisz Nano, to trochę nie tak. Żądząca w Rosji pasożytnicza klika – to nie Rosja.
    Proszę nie utożsamiaj gangsterów z Krajem. Wiem co mówię; śledzę na bieżąco i kompleksowo tamtejszą sytuację - już bez daltonistycznych omamów. Startowaliśmy na neonie z podobnie idealizującą optyką pro putinowskiej-rosyjskości. Nie wiem jak u Ciebie ale mnie bielmo dawno spadło z oczu. Z tego też powodu, nie wolny od masochizmu, z powodu zrujnowanych panslawistycznych nadziei, nazywam - przez dobór tekstów – rzeczy po imieniu.
    Czas pokaże czy Rosja przetrwa w dotychczasowym kształcie geo-poltycznym.
    Jako Polakowi, długo roiła mi się wizja potężnego i przyjaznego Sąsiada. Niestety iedał sięgnął bruku…

    Pozdrawiam Cię Nano równie serdecznie,

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930